🎬 Chłopiec z burzy (2019)


Pelikany stosunkowo rzadko pojawiają się w kinie. Dzisiaj opowiem o najpiękniejszej produkcji z ich udziałem, ale zachęcam również do zapoznania się z dwoma innymi z tym gatunkiem ptaków. Są to „Wózek dziecięcy”, szwedzki film z 1963 r. oraz francuski „MILF” z roku 2018.


„Chłopiec z burzy” (ang. Storm Boy) to adaptacja powieści Colina Thiele z 1964 r. o tym samym tytule. A tytuł nawiązuje do przezwiska, a raczej miejscowego imienia nadanego bohaterowi, małemu Michaelowi, przez rdzennego mieszkańca Australii, z którym się zaprzyjaźnia, Kościstego Palucha. Poprzednia filmowa ekranizacja książki powstała w 1976 r.


Michael, który ratuje trzy osierocone pisklęta pelikana, nawiązuje szczególną więź z Panem Percivalem.


Z wywiadu z reżyserem Shawnem Seetem można się dowiedzieć, że ekipa znalazła 5 osieroconych piskląt, które były szkolone przez pół roku i oswajane z ludzką obecnością. Trening pozytywny (ptaki były nagradzane rybami) poszedł dobrze, gdyż pelikany są pojętne i mają dobrą pamięć. A żyją bardzo długo (średnio do 30 lat), chociaż obecnie czyha na nie wiele niebezpieczeństw, głównie związanych z zanieczyszczeniem środowiska i ekspansją człowieka.


Twórcy dysponowali animatronicznym (mechanicznym) pelikanem oraz technologią CGI (wykorzystaną do zdjęć podniebnych), jednak reżyser chciał skorzystać głównie ze zdjęć z udziałem żywych ptaków. I tak podczas jednej ze scen ptaki rozbiegały się podczas rozmowy bohaterów, jednak zainteresowały się aborygeńskim tańcem, co zostało utrwalone. Podczas produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę.



Film zachwyca pięknymi zdjęciami australijskiego wybrzeża, a sama opowieść jest bardzo wzruszająca, dotyka bowiem nie tylko przyjaźni ludzko-zwierzęcej, ale także relacji ojciec-syn, przebytej traumy związanej ze stratą, jak również bilansu życiowego, którego każdy z nas na pewnym etapie życia dokonuje. Jest to też opowieść o dorastaniu i dokonywaniu trudnych wyborów.


Atutem „Chłopca z burzy” jest również obecność świetnego australijskiego aktora, Geoffreya Rusha (który może poszczycić się zdobyciem tzw. potrójnej korony aktorskiej, czyli nagród: Oscara, Emmy i Tony). Wcielił się on w postać dojrzałego Michaela. Uroczy, wówczas trzynastoletni Finn Little w tytułowej roli to Michael z przeszłości. Mam nadzieję, że narodził się nowy australijski talent na miarę Heatha Ledgera. Finn jest niesamowicie naturalny i wrażliwy, nawiązuje doskonały kontakt ze zwierzętami.


Warto również sięgnąć po książkę, która została przełożona na język polski.