🎬 Doktor Sen (2019)

Zaktualizowano: cze 23


„Doktor Sen”, czyli sequel słynnego (i znacznie lepszego) „Lśnienia” Stephena Kinga ujrzał światło dzienne bardzo późno, bo dopiero w 2013 r. (adaptacja filmowa jest o sześć lat starsza). Pytanie, czy był konieczny? Moim zdaniem – nie. Książka nie przypadła mi do gustu, podobnie jak film. Ale…mamy tutaj jasny punkt, oczywiście w postaci kota.


W powieści poświęcono mu więcej miejsca, niż w filmie: „- To nie ja jestem doktorem – rzekł łagodnie (…) – Doktorem jest Azzie. Ja mu tylko asystuję.

- Azreel? To tylko kot. Obszarpany dzikus, który przybłąkał się z ulicy i został adoptowany przez gości, którzy teraz już są w komplecie u Bozi czy cholera wie gdzie. Nie interesuje go nic poza tym, żeby dwa razy dziennie dostać pełną michę.” (s. 151)


(…) „Zawsze mówił, że Azzie nigdy się nie myli, i był to wniosek podparty sześcioma latami obserwacji. Azreel wałęsał się swobodnie po trzech budynkach składających się na kompleks Rivington, a popołudnia zwykle spędzał zwinięty w kłębek na kanapie w świetlicy, choć nierzadko widziało się go rozwalonego na jednym ze stolików do kart – czasem na niedokończonej układance – jak niedbale rzucona etola. Wszyscy pensjonariusze zdawali się go lubić (jeśli były jakieś skargi na kota rezydenta Rivington House, do uszu Dana nigdy nie dotarły), a Azzie w pełni odwzajemniał ich sympatię. Czasem wskakiwał na kolana jakiegoś półżywego staruszka…delikatnie, zawsze tak, że nie bolało. Co było nadzwyczajne, biorąc pod uwagę jego gabaryty. Azzie ważył dobre sześć kilo.


Pomijając popołudniowe drzemki, Az był praktycznie w ciągłym ruchu; zawsze dokądś się wybierał, kogoś musiał zobaczyć, miał coś do roboty. („Ten kot to lepszy cwaniak”, powiedziała raz Claudette Danowi). Widywało się go, gdy wypoczywał w jacuzzi, oblizując łapę. Gdy drzemał na wyłączonej ruchomej bieżni w Izbie Zdrowia. Gdy siedział na nieużywanych noszach na kółkach i patrzył prosto przed siebie na coś, co widzą tylko koty. Czasem skradał się po trawniku na tyłach z uszami położonymi po sobie jak prawdziwy drapieżnik, lecz jeśli nawet łapał jakieś ptaki czy wiewiórki, to zanosił je na sąsiednie podwórka albo naprzeciwko, na skwer miejski, i tam rozczłonkowywał.


Świetlica była otwarta przez całą dobę, ale po tym, jak telewizor gaszono i pensjonariusze się rozchodzili, Azzie rzadko tam zaglądał. Gdy wieczór ustępował miejsca nocy i puls Rivington House zwalniał, kot stawał się niespokojny i patrolował korytarze jak czworonożny wartownik na skraju terytorium wroga. W przyćmionym świetle czasem w ogóle nie było go widać, dopóki człowiek nie spojrzał prosto na niego; jego szare pręgowane futro zlewało się z cieniami.

Do pokojów gościnnych wchodził tylko wtedy, kiedy któryś z gości umierał.

Wówczas albo wkradał się do środka (jeśli drzwi nie były zamknięte na zasuwkę), albo siedział na progu z ogonem owiniętym wokół łapek i cichym, uprzejmym „mrau” prosił, by mu otworzyć. Kiedy go wpuszczano, wskakiwał na łóżko gościa (pensjonariusze Rivington House zawsze byli gośćmi, nigdy pacjentami), sadowił się wygodnie i mruczał. Wybrane przez niego osoby, o ile nie spały, czasem go głaskały. Z tego, co Dan wiedział, jeszcze nikt nie zażądał, by Azziego wyrzucić. Jakby zdawali sobie sprawę, że przychodzi do nich jako przyjaciel.” (ss. 169-170).


Warto wiedzieć, że oryginalne imię kot zawdzięcza Azraelowi, aniołowi śmierci. I taką też rolę przypisuje mu zarówno personel hospicjum Rivington House, jak i jego pacjenci.



Mimo dość wiernej adaptacji filmowej, kot uległ dużemu przeobrażeniu w porównaniu do książkowego oryginału: nie jest już dachowcem, lecz arystokratycznym ragdollem. Rasa ta zresztą jest obecnie chętnie wykorzystywana w filmach – wystarczy wspomnieć „Mężczyznę imieniem Ove” czy „W cieniu drzewa”. O obydwu tych filmach zresztą już pisałam.


Zmieniona została płeć kota – książkowy kocurek w polskim tłumaczeniu filmu jest już kotką. Azreel zagrały dwaj przedstawiciele półdługowłosej rasy: kociego młodzika – Merry, a starszego kociego aktora – Skyler. Ich trenerem był Greg Tresan z Animal Casting Atlanta. Obecność kotów w różnym wieku tłumaczona była przeskokiem czasowym o osiem lat.


W 36. minucie filmu kot pojawia się po raz pierwszy. Wygląda to tak, jak gdyby kot został lekko popchnięty spoza kadru. Jest niespokojny i najwyraźniej zerka na trenera, po czym rusza truchcikiem korytarzem aż pod drzwi umierającego pacjenta. Drugi kocurek wygląda już na dużo bardziej pewnego siebie. Ogółem kota zobaczymy od 36. do 38. minuty oraz w 44. i 70. minucie. Jak na film trwający ponad dwie godziny jest to bardzo niewiele.


Postać kota King mógł wzorować na Oscarze, kocie opiekującym się podopiecznymi w hospicjum Steere House Nursing and Rehabilitation Center w Providence. Kot ten rzeczywiście przeczuwał nadchodzącą śmierć i jego zachowanie mogło kojarzyć się z przyjściem anioła śmierci: na kilka godzin przed zgonem pojawiał się u danej osoby i ucinał sobie obok niej drzemkę. Hipoteza jest taka, że wyczuwał biochemiczne składniki obumierających ludzkich komórek, a także brak ruchu ze strony pacjentów terminalnie chorych. Z czasem jego pojawienie się ułatwiało personelowi przewidzenie rychłej śmierci, a chorym dawało wsparcie w ostatnich chwilach na Ziemi. Kot zasłynął w 2007 r., a więc na 6 lat przed powstaniem reanimowanej opowieści o Danie Torrance’ie Kinga. Był też bohaterem książki Davida Dosy pt. „Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć”, która ukazała się również w języku polskim.


W komentarzu pod postem na Facebooku załączam zdjęcie prawdziwego Oscara, kota-terapeuty.


Cyt. za: S. King, Doktor Sen, przeł. T. Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013