🎬 Marona – psia opowieść (2019)


Stosunkowo rzadko w kinie pojawia się narracja z punktu widzenia psa. „Marona…” jest taką opowieścią, z pewnością nie poleciłabym jej jednak małym dzieciom z uwagi na przygnębiające przesłanie.


Punktem wyjścia jest potrącenie tytułowej bohaterki (krzyżówki doga argentyńskiego…i pekińczyka) przez samochód. Umierając, cofa się w czasie do swojego dzieciństwa (była ostatnim, dziewiątym szczenięciem w miocie), a także wspomina kolejnych właścicieli (a było ich niemało). Opowieść o psie przechodzącym z rąk do rąk wzrusza, chociaż zawiera elementy mało prawdopodobne (kiedy porzuca on jednego z opiekunów…bo jest smutny i pachnie inaczej). Próba oddania psiego świata (zapachów i sposobu patrzenia na świat) za pomocą dziwacznych, kolorowych kształtów jest o tyle chybiona, że pies nie ma możliwości rozróżniania tylu barw. Twórcy „popłynęli” więc na fali tworzenia filmu animowanego dla dzieci. Najbardziej podobały mi się: sekwencja z akrobatą (jego postać jest ciekawie zarysowana i jak na gibkiego cyrkowca przystało nieoczekiwanie zmienia kształty), sekwencje kosmiczne oraz ujęcia bezpośrednio z punktu widzenia Marony (kiedy biegnie ulicą za oddalającym się autobusem lub w 76. minucie filmu wbiega po schodach, pragnąc zawiadomić domowników o wypadku seniora rodu). Film dość dobrze oddaje psie emocje (panikę spowodowaną pozostawieniem samej na dworze), a także psią depresję („Spałam żeby nie mieć potrzeb”, „Szczęście to tylko przerwa od bólu”, „Jak opisać życie psa? Stale trzeba się wstrzymywać”). Fantazyjne wizje Marony sprawiają, że Manolo zamienia się w żółtego motyla, cyfry na papierze – w czarne robaki, a samochody szczerzą zęby niczym żarłacz ludojad. Podobnie ludzie często mają cechy ptasie (np. akrobaci ze skrzydłami, ptasie głowy przechodniów), kocie lub niedźwiedzie (publiczność Manola).


W sumie naliczyłam...osiem „domów” (lub miejsc pobytu) Marony. Stanowczo za dużo jak na jedno małe psie życie. Są to po kolei: dom Matyldy, w którym oszczeniła się matka suczki, dom właścicielki ojca Marony, mężczyzna z tatuażami (który wygrzebuje psa ze śmietnika), akrobata Manolo (którego chyba najbardziej kochała), plac budowy (automatyczne ruchy robotników przypominają wczesne gry komputerowe) i pracujący tam Istvan (na pewno imigrant z Bałkanów – rzecz dzieje się we Francji), następnie jego chora psychicznie matka (która jest agresywna wobec psa), dom Istvana, w którym decydujące słowo ma jego infantylna żona (zamykająca Maronę w garderobie i przebierająca ją w paskudne, niewygodne ubranka; później stwierdzi, że ma na nią alergię i się jej pozbędzie), a docelowo mała Solange, mieszkająca z dziadkiem, samotną matką, rudym kotem (od 61. minuty) i rybkami w akwarium (w którym wiedzie prym znudzona, czarna ryba). To dziewczynka (teraz nastolatka) nie dopilnuje psa i to szukając jej Marona wpadnie pod auto. Na psie zależało tak naprawdę tylko Manolo (widzimy ogłoszenie o zaginięciu suczki), Solange bowiem wraz z wiekiem utraciła nią zainteresowanie.


Koty pojawią się jeszcze w wizji Marony (czarny zjada dwie biało-czarne myszy oraz zostaje skonfrontowany z czarnym psem), oraz fioletowy na ulicy, a także rudy w lecznicy weterynaryjnej (gdzie spotkamy ranne ptaki i królika).

Oczywiście wraz z kolejnymi domami, imię suczki zmienia się wielokrotnie: początkowo była Dziewiątką, u Hiszpana Manola – Aną, u Istvana – Sarą, a u Solange – Maroną.


Marona wszystkie swoje wspomnienia kolekcjonuje w „małym pudełku radości”, do którego zagląda w chwilach kryzysów, szukając samo-pocieszenia.



Film skłania do refleksji na temat postępowania wobec psów, przejawiającego się tutaj głównie zwykłą głupotą i brakiem odpowiedzialności za inną żywą istotę. Losem Marony można by obdzielić kilka innych psów. Mała suczka (w filmie pada stwierdzenie, że jest brązowa!) mieści w sobie wszystkie psie smutki i historie swoich pobratymców. Historie smutne, w których zwierzę przerzucane jest z domu do domu wedle kaprysu ludzi, porzucane podstępem, przywiązywane, zamykane w małych pomieszczeniach, w które rzuca się przedmiotami…Niestety, Marony istnieją i czekają na naszą pomoc. To lekcja, którą należy wynieść z tego na pozór błahego seansu dla starszych dzieci.