🎬 Wyspa psów (2018)


Po „Wyspę psów” Wesa Andersona sięgnęłam z duża ciekawością, ponieważ poprzednie jego filmy na ogół mi się podobały. Mam tu na myśli zwłaszcza świetnych „Kochanków z Księżyca”, „Fantastycznego Pana Lisa” (wykonanego w podobnej technice co „Wyspa psów”, a jednak znacznie lepszego) oraz „Genialny klan” z Gwyneth Paltrow.


Filmy Wesa Andersona słyną z symetrycznych kadrów: często przedmioty w nich rozmieszczone są równomiernie, wszystko jest uporządkowane, niemal sterylne. Tutaj zabrakło tej symetrii i wkradł się niepotrzebny chaos.


Przesunięcie akcji do przyszłości, w której królują wysypiska śmieci, znane z wielu filmów postapo, to zdecydowanie nie moja stylistyka, i przyznam, że sceny, w których dominowała technologia, najmniej przypadły mi do gustu.


Poza psami (głównie nierasowymi) w filmie można zobaczyć koty przywódców politycznych występujących w telewizji, a także wizerunki tych zwierząt na świątyniach i grafikach. Odnoszą się one oczywiście do znanej na świecie miłości Japończyków do mruczków. W filmie odnajdziemy również inne nawiązania do kultury japońskiej (wizerunek samuraja).


Pojawiają się też…czarna sowa, szczury i owady (muchy i larwy, związane oczywiście z wysypiskiem). Nie podobała mi się scena kuchenna – patroszenie kraba i ryby (której głowa po odcięciu żyje własnym życiem i nadal otwiera usta – dość makabryczny widok), a także walka z niesforną macką ośmiornicy. Filmu z pewnością nie poleciłabym małym dzieciom (na HBO GO zalecany jest dla widzów 12+).


Zaletą „Wyspy psów” jest z pewnością charakterystyczna i nietuzinkowa animacja, a także zwrócenie uwagi na bezdomność psów i problem dla władz związany z ich nadpopulacją. Chłopiec poszukujący swojego psa na tytułowej wyspie i wynikające z tego faktu perypetie jednak nie zaskakują.