🎬 Lamb (2021)



Niejednokrotnie wspominałam, że w ostatnich latach w kinematografii zauważam zwrot ku zwierzętom gospodarskim. Wyrazem tego były już filmy fabularne takie jak Barany. Islandzka opowieść (2015), Cierpkie mleko (2017) czy Krowa (2021). Od tematyki tej nie stronił również film dokumentalny – jako przykład wystarczy tu wymienić wstrząsający (i jak dotąd najlepszy film poświęcony hodowli przemysłowej) – Dominion (2018).


W Lamb powraca się do owczej tematyki, jednak zostaje ona ujęta w nowy, zaskakujący sposób. Oto znów jesteśmy na mrocznej, zamglonej Islandii, powtórnie w towarzystwie owiec, jednak sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót.


Już pierwsze sceny (ze wspaniale sfilmowanymi końmi i owcami, których punkt widzenia kilkukrotnie zostaje ukazany) kreują nastrój niepokoju, zastygnięcia w oczekiwaniu na coś, co odmieni los ludzi i zwierząt.


Najazd na zbite w gromadę konie, malutkie pośród szalejącej śnieżycy, bezskutecznie szukające drogi pośród bezkresnych, przygnębiających przestrzeni. Stado ucieka, gdy zza kamery słyszymy czyjś głośny oddech. Już po chwili ukazuje nam się głowa barana obramowana oknem stajni, nad którym zwisają sople lodu. Bajkowy, zimowy obrazek rodem ze świątecznej pocztówki. Zwierzę przygląda się tej samej burzy śnieżnej, lecz z perspektywy ciepłej, oświetlonej stajni.


Zbliżenie na twarze owiec i barana, jak gdyby przeliczającego „pogłowie” swoich podopiecznych i po chwili nagłe poruszenie wśród stada – oto jedna z nich upada. Czy twórcy chcą nam zasugerować, że oto przyglądamy się kolejnej opowieści o epidemii choroby toczącej zwierzęta? Niekoniecznie.


Przechodzimy do ludzi – bo to na nich i ich emocjach skupia się opowieść z pogranicza baśni, horroru ludowego i kina spod szyldu slow cinema. Maria i Ingvur to młode małżeństwo zawiadujące farmą, jednak od początku czujemy, że coś jest nie tak. Pojawienie się „czarnej owcy”, czyli brata gospodarza, Pétura, nie zwiastuje niczego dobrego, tym bardziej, że odkrywa on sekret pary – samotne, bezdzietne małżeństwo, przysposabia na swą córeczkę…jagnię. Nadają mu imię Ada i wychowują na człowieka niczym amerykańscy naukowcy próbujący za pomocą kontrowersyjnych eksperymentów bezskutecznie ukształtować odebrane matkom młode szympansy na wzór ludzi.


Puste dziecięce łóżeczko wygrzebane ze stodoły nie pozostawia wątpliwości – para straciła własnego malucha i funkcjonuje na stylu rzeczywistości i jawy – nie rozmawiają o tym, co ją spotkało, prowadzi „small talki” bez znaczenia, skupiając się wyłącznie na tu i teraz – opiece nad zwierzętami i czynnościach gospodarskich.


Możemy zadać sobie pytanie, czy Maria i Ingvur mieli prawo odebrać biologicznej matce młode, które stanowi przedziwną hybrydę – posiada ciało dziecka, lecz głowę i prawe kopytko jagnięcia? Kobieta pozbywa się zresztą konkurentki do serca małej, zabijając zrozpaczoną owczą matkę, która bezskutecznie próbowała odzyskać swoje dziecko, wystając pod domem.


Para desperacko próbuje odbudować to, do czego nie ma już powrotu – „zabawa w dom” jak to określa brat Ingvura, wcale jej nie służy. Wieczny niepokój o Adę i stopniowe pogrążanie się w obłędzie, za wszelką cenę próbując żyć tak, jak dawniej, musi doprowadzić do tragedii. I doprowadza. Zakończenie filmu jest słabsze niż jego pierwsza część i nieco groteskowe, chociaż z drugiej strony pozwala ono zastanowić się nad relacjami: człowiek-natura i człowiek-zwierzę, które za przyczyną tego pierwszego są wiecznie podszyte konfliktem. Co by było, gdyby zwierzę-hybryda się z nim zrównało? Gdyby przyszło do nas wyrównać rachunki w imieniu całego gatunku, z którego powstało w ½?


Przerażający jest też aspekt seksualny – połączenie człowieka i owcy w jednym ciele to prosta droga wiodąca na grząski grunt, na którym relacje zwierzęco-ludzkie stają się bardzo dwuznaczne, by nie powiedzieć patologiczne.


W to wszystko uwikłana jest słodka, niewinna Ada, która nie mówi, lecz porozumiewa się z najbliższymi za pomocą gestów. Potrzebuje tylko uwagi i czułości, a przecież żyje w kłamstwie nie wiedząc, co spotkało jej biologiczną matkę i za czyją przyczyną.


Ufnie daje się prowadzić za rękę niczym przysłowiowe barany wiedzione na rzeź, jest w niej jednak jakiś smutek – ciemnymi oczami wyczekująco wpatruje się w dorosłych, lecz oni nie udzielą odpowiedzi na nieme pytania, wypisane na jej pyszczku.


Przedziwny film, utrzymany w znanym nam, „skandynawskim” klimacie, na powierzchni spokojny i gładki, wewnątrz kipiący od dawnych traum, miłości i niespełnionych marzeń.